sobota, 31 grudnia 2011

New Year


Chciałabym Wam życzyć cudowności Nowego Roku. Uczuć wybuchowo kolorowych jak niebo w Sylwestrową noc. I czasem tej upragnionej ciszy, tak jak pierwszego dnia stycznia ( ;) ). Wymarzonych podróży i spotkań. Nowych doznań, ale także celebrowania tych, które się powtarzają, odczuwania ich za każdym razem na nowo. Ciepła. Kilku gorących Słońc w sercu. Spokojnych dłoni. No i oczywiście spełnionych marzeń, miłości, godnego życia i umiejętności przebaczania.
No i nieważne czy Was znam czy nie. Jeśli zaglądacie tutaj nawet po cichu, ale z sympatią, no to ja Was pozdrawiam. Ale nawet tych co to z niewiadomych przyczyn mnie nie lubią, mają mi za złe, mają dziwne pretensje, choć nie mają powodu... tych, którzy przestali się do mnie odzywać i tych, którzy obgadują mnie za plecami także ;)

Tulam Was i całuję ;)
Eve

czwartek, 29 grudnia 2011

no bird call




Ten ból został, choć już dawno nie pamięta przyczyny. Jakaś drzazga w palcu lub między zastawkami. Coś nadal drży, gdy budzi się w środku nocy i wydaje się, że ktoś przyszedł do niej poprzez zakamarki przyśnień. Spłowiałe rzęsy szeleszczą nieprzytomnie. Jeszcze nie śpiewają ptaki schowane między gałęziami siwego dębu. Później sen jest płytki jak łyżka z syropem na kaszel, a przejście między nocą a dniem wygina się na wszystkie strony świata. Ona zaśnie i zapomni, że czegokolwiek bała się po przebudzeniu, że ktoś złapał ją za rękę, dłonią kościstą, z palcami zaklejonymi plastrami i kilkoma obrączkami przywiązującymi do innego życia. Snów się nie pamięta tak samo jak przebudzeń i zaśnięć. Nagle umiera się wraz z przeszłością minionego dnia.






wtorek, 27 grudnia 2011

Alina

gdy śpisz wchodzę we wnętrze Twej zaciśniętej dłoni





Dni powinny być coraz dłuższe, a są jeszcze bardziej zimne i ciemne. Gdy jestem sama w domu,  już nie tylko nocą, ale także w dzień, muszę zapalać światło przed sobą, żeby mieć pewność, że żaden strach nie kryje się za ścianą. A może Ziemia zmieniła kąt położenia i teraz jesteśmy tam, gdzie zwykle bywają noce polarne, tyle, że brak nam zorzy. Boję się Zabójczego Boba, zatem te ciemności nie sprzyjają za bardzo. Trzeba chować się pod koc tak, żeby nie wystawały stopy.
Arvo Part - Alina.

niedziela, 25 grudnia 2011

...

Ludzie zaczęli mówić ludzkim głosem. 



---

Oglądamy Miasteczko Twin Peaks odcinek po odcinku, pijemy wino za winem, ja ogrzewam sobie " brzuchol pięciomiesięczny " termoforem w sweterku, J. podchrupuje orzeszki, a ja z kolei latam co rusz do lodówki wyciągając coraz to inne potrawy ( no bo trzeba to wszystko zjeść, a później schudnąć jakieś 10 kg :D ). Przepiękne Święta. Ubrana to jest tutaj tylko choinka, a wigilijny stół został doszczętnie wykorzystany :D 

piątek, 23 grudnia 2011

dead boy's poem

                                                                        Płatki śniegu wbiły jej się w powieki i odtąd nie mogła przestać płakać.




---

Wszystkim życzę odnalezienia Siebie. 
- Eve. 


 

wtorek, 20 grudnia 2011

200 lampek


 Choinka pachnie igliwiem i piernikami. Żarzy się ciepłym blaskiem w salonowym rogu. Śnieg cicho sypie za oknem, pokrywa świat milionem blasków. Wieczorny spacer oprószony śmiechem, śnieżkami i chłodem wrzucanym za kołnierz ( lubię chodzić na spacery z Tobą i nawet narzekać, że zimno, tylko po to, by wracając docenić ciepło Twoich dłoni i domu ). Śledzie przechodzą przyprawami w lodówce, a pierniki dochodzą do siebie. Przed nami jeszcze klejenie pierogów z kapustą i grzybami i jeszcze tych z dziką różą, gotowanie barszczu, pieczenie sernika z makiem i drożdżowych ślimaczków raz z makiem, a raz  cynamonem, pieczenie karpia w soli i kombinowanie z sosem do niego ( bo zgubiłam przepis... ), i jeszcze tarta z kapustą i grzybami i żurawiną. No i jeszcze rysowanie portretu mojej babci w rozmiarze 140x200 cm.
I tak płyną dni. Choć są chwile, w których chowam łzy pod kołderką z milczenia.

mandarynek smutny smak


Mandarynka jedna za drugą. Plamy po rozlanej wodzie z cytryną. Wszystko smakuje gorzej zaraz po tym, gdy wymyje się zęby i świat robi się miętowy. Trzeba zmyć naczynia. Rozebrać się. Ubrać choinkę. Nigdy nie lubiłam świąt, ale te chyba będą piękne...

niedziela, 18 grudnia 2011

Dance


Wyrosłam z tych wszystkich smutków i żali przelewanych na "papier". Dziś mam swoje słowa, swój szereg ludzkich uczuć, które wtulam w najsilniejsze ramiona na świecie.





Zapraszam na Warsztaty w Złodziejewie z Jackiem Gąsiorowskim i Ewą Szumowską :) I nawet ja coś tam poględzę :)

sobota, 17 grudnia 2011

Bo pierniki, jak mężczyżni...


Nie mamy stolnicy, ale jest blat. Nie mamy wałka, ale są butelki. Mamy wino, ale ganiamy się po mieszkaniu chcąc zabrać sobie butelkę z piwem. Pachnie przyprawami korzennymi, cynamonem i lukrem. Mandarynki obierają się do ostatniej białej żyłki. Śmiech do rozpuku i trzy pudła pierników ozdobionych odciskami moich kolczyków i bransoletki, lukrem i kolorowymi groszkami. No i z ostatniego kawałka ciasta miniaturowy penisek :D W mediach trąbią, że Polskę pustoszą wichury i inne kataklizmy, zatem cierpliwie wyglądamy latających domów, krów i starych babć za oknem, ale nic, nawet kawałka reklamówki... Zmarła Pani od przepięknego wykonania Besame Mucho. A ja piję herbatę z cytryną i na prośbę J. wstawiam tutaj głuptakowe pstryczki ;)

wtorek, 13 grudnia 2011

lunatic soul


Nadgryzione ciastko korzenne. Niedopita zielona herbata w kubku w truskawki. Piosenki z bajek Disney'a, z których, gdy raz się je usłyszy, nigdy się nie wyrasta ( czemu dziś dzieci nie oglądają tych bajek ? ). Przewracam się między ołówkami. Zamiast w/w utworów wspaniały, wspominany już wcześniej Nigel Kennedy. Długie wyprawy, długie rozmowy i szybkie picie wódki w uczelnianej łazience z okazji obchodzonych 13 dni temu urodzin. Nadal twierdzę, że nie znoszę bibliotek odkąd wszystko jest internetowe i nie można wynosić książek do domu. Szukanie ładnych słów pod językiem. Szukanie epitetów, których jeszcze nikt nie spisał, w końcówce warkocza. A niedługo zacznę odprawiać indiańskie tańce, żeby w końcu spadł śnieg, bo póki co ta przedzima to taki ni pies, ni wydra. Jeśli nie spadnie do 23 grudnia to zaczynam strajk głodowy albo wyjeżdżam na stałe do Norwegii ( w sumie jedno i to samo ; ) .

Pozdrawiam ciepło
- mniej zbuntowana Ewa.



( polaroidy z Rzymu robione z wepchanym  w usta lodem pistacjowym na Piazza Navona )

chałka z masłem i dżemem jagodowym

I stąd znikam powoli. Może jestem zachłanna, ale wszystko chcę mieć dla siebie. Wspomnienia, myśli i zdjęcia. No w sumie dla siebie i jeszcze kogoś. No ale nic. Nic to. A może po prostu szanuję siebie i uczę na błędach przeszłości. Powtarzam się, ale tak... internet nie jest dla mnie, nie jest dla tych, którzy siebie szanują. Ot. Cała filozofia.  Wstawiam zdjęcie jak świat stare typu "pokaż pachę" i idę spać. Wiem, że nie piszę ostatnio nic sensownego i nic lirycznego... ale... i to chcę mieć dla siebie.

sobota, 10 grudnia 2011

żółty melonik


Dni płyną przedziwnie. Ni to szybko, ni to wolno... Może po prostu zgodnie z obowiązującym czasem środkowoeuropejskim zimowym. Przez tych kilka dni za bardzo przyzwyczaiłam się do słońca i ciepłego powietrza przeplatającego się pomiędzy włosami. Polska pogoda zastanawia się na razie czy zesłać nam śnieg jak mannę z nieba, czy jeszcze ulice wlewać nam do butów wraz z  deszczem. W kremowym luźnym swetrze krzątam się po domu od czasu do czasu wypijając kubek herbaty, filiżankę kawy bądź szklankę wody. Wieczorami siadam na sofie z kieliszkiem Porto w jednej dłoni, i z Tobą w dłoni drugiej. Taki jest mój początek odległej zimy, na którą, jak nigdy, czekam. Cichy. Powolny. Spokojny. Pełny muzyki i chęci na śpiew i taniec. Taki śpiew całą sobą. Bo mam dość nucenia pod nosem.



Pa.

środa, 7 grudnia 2011

trzy kropki

Nigel Kennedy. Preisner. Kayah i Bregovic. Olsztyn. Polaroidy na kolanach. Kilka pruszków śniegu. Susan Sontag. Zbyt dużo energii, by zasnąć. Więcej rzeczy Tam niż tu. Więcej mnie Tam niż tu... Kasztaniaki. Stopy machające w rytm muzyki ( tańczyć, śpiewać, kręcić się w kółko i upadać ze śmiechem ). W głowie muzyka i pianino i ... Czekając na czwartek. Czekając na jutro. Lista rzeczy do zrobienia tylko w planach. Dobrze mieć kilka przyziemnych planów, żeby za bardzo nie odlecieć.
Poza tym... usunęłam zdjęcia z portfolio. I poza tym, to wspaniale było mieć chociaż raz urodziny latem.

Pozdrawiam Was bezzdjęciowo ;)

niedziela, 4 grudnia 2011

wrócili

Mieszkanie mieściło się 5 minut od dworca Roma Trastevere, ale my szukaliśmy go 1,5 godziny, przechodząc obok jakieś 10 razy. Klatka 104 wydawała się klatką widmo, gdyż między numerem 102 a 106 nie było nic... do czasu, gdy J. nie podszedł bliżej i zobaczył trzy złote cyfry kryjące się z wrednym uśmiechem za palmą. Pokój z łożem małżeńskim, z wyjściem na taras, na którym jedliśmy śniadania i piliśmy wino ( nie ma to jak Włochy... przepyszne wino za niecałe 2 euro... ). Długie spacery, przedługie. Od rana do nocy. Kilkadziesiąt kilometrów schodzonych przez 5 dni ( pod koniec nasze nogi odmawiały posłuszeństwa, dlatego z Tyber jeździliśmy na gapę tramwajem... aczkolwiek, pierwszego wieczora, przeszliśmy tyle nieubłaganych kilometrów, a na dodatek nie dogadaliśmy się co do drogi powrotnej, także tego wieczora moje nogi były tak rozjechane na boki i tak mnie bolały biodra, iż stwierdziłam, że czuję się jakby wydymało mnie 15 murzynów, z czego J. śmieje się do dziś ). Watykan i Bazylika św. Piotra , Forum Romanum, Kolumna Trajana, Kościół Il Gesu ( znaleziony przez przypadek ), Panteon, Piazza Navona z festynem świątecznym i karuzelą, Fontanna Di Trevi , Schody Hiszpańskie, Plac Argentina, gdzie mieszka kilkadziesiąt kotów, Festiwal Czekolady na Trastevere ( wybrałam białą z kandyzowanymi truskawkami ) i mnóstwo innych miejsc, setki małych uliczek zatybrza i tych po drugiej stronie Tybru. Najprawdziwsze lody pistacjowe. Przepyszna pizza z grillowanym bakłażanem i pomidorami ( smak niepowtarzalny ), ciasto z cytrynowym kremem jedzone przy Bazylice św. Piotra. Cukiernie, pizzerie, restauracje z przepięknymi wnętrzami. Sklepy o witrynach jak z bajki. Ten gwar i hałas i donośny głos. Magia. Mogłabym wspomnienia wymieniać godzinami, ale nie da się tego ogarnąć. I tego bezchmurnego nieba z lejącym się słońcem na nasze twarze. I tych zapachów i kolorów. Chce się tam wracać jak najszybciej...

niedziela, 27 listopada 2011

Happy Birthday to me

No to wyruszamy!  Od jutra do piątku będziemy celebrować urodziny Szumowskiej :D Zaczynamy dwa dni przed, kończymy dwa dni po i to wszystko w rzymskim stylu w samym centrum starożytnego Imperium Romanum ( a może po powrocie święta ciąg dalszy? ). No to.... Viva Italia! Ruszamy do Rzymu! ( no tak... wyprawa w najlepszym towarzystwie pod słońcem, czyli z J. :D ) .

wtorek, 22 listopada 2011

wyjeżdżam


Pakuję się i znikam. Dwie torby ubrań, butów i książek. Szkicownik. Aparat. Trochę biżuterii. Bilet zarezerwowany. Jak zwykle na 16:05. Uciekam od spowitego chmurami od deski do deski nieba. Od braku widoku za oknem. Od jednej poduszki. Czekając, ściskam w dłoniach kopertę, a wraz z nią słowa, które są tylko dla mnie. A w tej kopercie jest serce i dłonie i ramiona i miękka skóra i zielone oczy. Myśli mam roztrzepane jak jajko na śniadanie tuż przed wrzuceniem na patelnię. Ale już lepiej zasypiam. Już mi spokojniej. Odliczam godziny ( choć nie jestem w tym dobra, bo jestem zbyt szczęśliwa, jeśli można być zbyt szczęśliwym... ).

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kazimierz



Chciałabym mieszkać nad morzem, żeby móc kupować świeże ryby na targu o świcie. I chciałabym mieszkać we Włoszech, żeby mieć swoją winnicę. No i mieć dom z własnym ogrodem, w którym pięknie kwitłyby kolorowe kwiaty, a trochę dalej grządki pachnące malinowymi pomidorami, papryką, grochem, ogórkami, cukiniami i innymi warzywami. No i w tym ogrodzie też krzaczki truskawek i malin i porzeczek, agrestu. I pełna łąka pachnąca mieszaniną ziół. A nad tym wszystkim owocowe drzewa, jabłonie, grusze, czereśnie, śliwki i wiśnie. Próbowałabym wyhodować morele i arbuzy. No i dom z gankiem, z huśtawką na ganku, z winogronami, które można jeść przez okno. Duża sypialnia z dużym łóżkiem i duża kuchnia. W kuchni piekarnik, kuchenka, naczynia żaroodporne, robot kuchenny, garnek do gotowania na parze i białe talerze. A w jadalni duży stół, żeby goście mogli swobodnie delektować się moimi specjałami. Na schodach przed domem przybłąkany kot. Lampiony zawieszone pomiędzy gałęziami drzew owocowych i hamak. Letnie ogniska z pułkiem komarów i dużo śmiechu i miłości. Robienie konfitur, kiszenie ogórków i kapusty. Wino ugniecione stopami. Duża miska owoców. Makaron z krewetkami. I długie spacery tuż przed zmierzchem. Pianino przy oknie wychodzącym na ogród. Chodzenie boso. Wieszanie prania na sznurkach za domem. No i fotografia. Tego wszystkiego, co mnie otacza, co jest we mnie. Wywoływanie w ciemni, w piwnicy. Robienie odbitek pod powiększalnikiem i kichanie od wywoływacza.  ( No ale ten dom... to tam, gdzie Serce... nieważne w jakim kraju.. )
Tak. W głębi serca marzę o otworzeniu małej, przytulnej restauracji, w której można byłoby pysznie i zdrowo i nienachalnie  zjeść...

Trzy minuty po północy.



Sen nie przychodzi z żadnej ze stron. I choćbym oczy zakropiła czarnym tuszem, dzień się nie skończy. Skrywam się gdzieś pomiędzy czterema ścianami i jestem taka mała, mniejsza od cienia, który przedrzeźnia moje ruchy. Przeczytałam już wszystkie książki, które mogłyby makiem liter uśpić mnie powoli. Nic. Tylko szum kaloryferów i kapanie z kranu i czasem komuś z góry spadnie coś na podłogę i rozbija moje zmysły. Skłębiły się myśli przyziemno-nadziemne w głowie i przez to te dni tak się włóczą bezsennie. A ja pomiędzy czterema ścianami, pomiędzy kubkami z niedopitą herbatą a chłodem wiejącym z przestrzeni. A może to ten deszcz, bijąc po parapecie, po oknie, nie daje spać, nie daje spokoju, gdy tak siedzę szczelnie zamknięta przed deszczem. Już trzynaście minut po północy, a mnie sen nie morzy. Niepokój mam w duszy. Niespokój. Zamęt. Ale te dobre wichury mam w duszy, w głowie, te dobre, pełne siły. Nadmiar myśli, poruszeń, zachwytów, pomysłów. Tak. To ten zamęt zmieszany z deszczem.


( odliczam dni. już tylko trzy niecałe ... i pachnę truskawkami i szamponem do włosów i ogórkowym kremem i cytrynowym earl grey ... ) 

sobota, 19 listopada 2011

piątek, 18 listopada 2011

szuflady

( Natta... z szuflady... z 2008 roku )

Opróżniłam szuflady z siebie. Została jedna para butów i kilka książek. Niezauważenie przenoszę siebie do innej szafy. Zostawiam coraz więcej rzeczy. Nieświadomie. Podświadomie zostawiam coraz więcej kawałków siebie tam, gdzie mam swoją parę puchatych kapci. Czy dobrze robię, nie wiem. Pewnie egoistyczne to moje zostawianie siebie. A może naturalne? Przecież nikt nie protestuje.

Wczoraj pojechałam do Glitajn. Miałam wrócić w sobotni wieczór, jednak nie wytrzymałam dłużej. Puszczają gruczoły łzowe. Poza tym, tam jest tak pusto i zimno. Nikt nie zamienił ze mną więcej niż 10 zdań. M. siedzi non stop w internecie lub rozmawia o głupotach przez telefon. T. siedzi przed TV, przy papierach i prawie się nie odzywa. Po co być tam, gdzie nie jest się mile widzianym? Za chwilę usiądę do robienia szkiców. Później powoli zacznę zbliżać się do końca trzeciej części "1Q84". W ciszy i spokoju. Zupełnie nie przeszkadza mi siedzenie w pustym pokoju w akademiku. Jest o wiele lepsze niż bycie tam, gdzie nie należę. Dobrze mi samej ze sobą. Już jestem spokojniejsza.

Sprawdzić pogodę i modlić się o brak porannej mgły na lotnisku. 

czwartek, 17 listopada 2011

trochę lata w środku jesieni.




A tak. Bo tak. Żeby ciekła ślinka ;) A tak sobie myślę, że muszę zacząć robić dobre zdjęcia, bo już wstyd robić takie przeciętne :D Ale aparat u J., więc cóż. Ale jak dorwę i jednego i drugiego, to będzie się działo. Dziś jadę do "domu", więc trzymać kciuki za moje niezbyt stalowe nerwy :D

środa, 16 listopada 2011

Moja Warszawa




Nie dość, że obudziły mnie najpiękniejsze słowa, to na dodatek, gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam czyste, błękitne niebo nade mną. Więc skąd te czarno-białe fotografie? A tak. Bez związku z tematem. Nie mam nic szczególnego do powiedzenia w tej chwili. Tak tylko sobie postanawiam, ze wkrótce zostanie ze mnie w tym internecie tylko ten blog. Lubię go. Jest cichy, nikt tu nikogo nie goni i nie muszę oglądać żadnego nawału tych samych zdjęć, powtarzanych przez różnych focących itp. O tym to dużo gadać. Portfolio też zniknie. Tutaj będzie wszystko. I tyle. Dla tych, którzy chcą mnie nadal śledzić, będę tutaj. Jeśli ktoś będzie chciał, to mnie znajdzie. Tyle. Ostatnimi czasy uświadamiam sobie wiele spraw. Dlatego wolę nie istnieć w internetowym światku. Zniknąć z portali. Usunąć fejsbuka ( albo zostawić tylko dziewczyny z grupy w znajomych i mieć z nimi jakiś szybki kontakt i tylko to ). Nie warto w tym wszystkim uczestniczyć, bo to wysysa wszelkie fotograficzne soki i człowiek zaczyna się zastanawiać po co to robi, ale jednak wiem po co robię zdjęcia. Dla siebie. Nie dla internetowych rewelacji albo 1 za 1. I tyle.

aerhaminus


Podłączona do respiratora. Oddychała przez rurkę. Maszyneria "życia". Serce w pudełku. Zamknęła. Mówili, że bez aparatury przestanie "żyć". A ktoś przyszedł, przeciął przewód i nauczył oddychać pełną piersią. Żyje do dziś.


( hej... u mnie wszystko dobrze... tylko próbuję coś napisać gdziekolwiek, cokolwiek i nie wychodzi. Zapisuję pomysły. Szkice szkiców. ) 

wtorek, 15 listopada 2011

kobiecość


Siadłam. Próbuję ogarnąć jakoś obowiązki, którymi są praca licencjacka i dyplom z projektowania graficznego. Na projektowanie mam już pomysł. A co do pracy... Temat jakiś tam ogólnie mam, ale nie wiem jak zacząć zbierać bibliografię, jak napisać plan pracy. Temat.. No o kobiecie w sztuce... Ale jak to ugryźć. Pierwszy plan był taki - jeden fotograf - Helmut Newton - oklepane, ale wszechstronne. Ale jednak nie wszechstronne, poza tym... zagraniczny temat i jakoś tak.. Więc ... Zmiana planów, jakaś rozmowa promotorem by się przydała. Tak... I jak to ogarnąć socjologicznie, kulturowo, artystycznie. Zastanawiam się. I musiałam takie głupotki napisać, gdzieś zapisać, żeby jakoś zacząć. Nie wiem. W życiu czegoś takiego nie pisałam jak praca licencjacka... więc nie wiem za co się zabrać. Jak szukać. Nic.. Eh... Nic. Trzeba pomyśleć.

poniedziałek, 14 listopada 2011

...


O to chodzi, że nie chodzi o nic. A jednak posmutniałam nagle i dostałam drżeń serca. Tak znikąd. Tak z powietrza. Może to te mgły, które spuściły niebo na ludzkie głowy albo jakiś inny czynnik typu za mało tlenu na ulicach. Nie wiem. Wiem, że szłam z podniesioną głową, a później usiadłam i sercem mi zamigotało i w tym momencie straciłam rachubę. Nie wiem czego. Czasu czy w obliczaniu kroków. I tak teraz myślę, jak często, ale jednak teraz, że są miejsca, które wcale nie są "naszymi" miejscami i jakoś niedobrze się w nich funkcjonuje psychiczno-fizycznie, bo obija się człowiek o kanty mebli, potyka na prostej drodze i dostaje się jakiegoś wstrząsu, jakiegoś konfliktu serologicznego z otaczającą przestrzenią i nie dość, że siniaki na łydkach, udach i łokciach, to jeszcze krew się miesza z nieznaną substancją i dostaje się wad takich nie dość przyjemnych - wad myśli, które tracą na kolorze i jasności.  Z głowy robi się czarno-biały telewizor bez głosu i na dodatek z latającym obrazem. I teraz to bym tylko chciała, choćby piechotą, wrócić tam, skąd przyjechałam kilka godzin temu, zadzwonić domofonem, wbiec po schodach, wgryźć się w rękaw i dziękować za to Istnienie. Ale nic to. Są obowiązki, a teleportacji jeszcze nikt nie opatentował ( oficjalnie ), więc jakoś trzeba zagryźć zęby w sobie i cieszyć się, że to "strasznie się czuję" jest niczym w porównaniu z prawdziwym "strasznie" i ostatecznie cieszyć się z tych małych "dramatów", które zdarzają się każdego dnia. A może to tylko spadek hormonów albo jakiś skok do góry? Kto wie...

czwartek, 10 listopada 2011

wtorek, 8 listopada 2011

bezgłosem śpiewam


Do ręki wzięłam piórko i tusz. Znów wyobraźnia w dłoniach zaczęła działać. I śpiewam sobie ustami, lecz bez głosu. Brakuje mi tego. Śpiewu całą sobą. Nie ma gdzie. Nie ma jak. I mój głos gdzieś zastygł. Gdzieś głęboko. Szkoda. Ale mam jeszcze dłonie i jakieś tam słowa i aparat. Tak.

A teraz chłód zza okna porusza lekko firanką. Czas płynie. Nerwosploty tęsknią. A ja cichnę wewnętrznie. 

Listopad




Piękną mamy tę jesień. Jak nic. Jak nic.
A tak poza tematem... Znów moje cycki miotają się po empikach, a ja nic z tego nie mam, a jak wspominam coś o "maniu" to zapada cisza. Tak stwierdzam, że to chamstwo.
Idę czytać.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Adagio




Co mam powiedzieć?  Nic. Nic nie trzeba. Mówić... 

czwartek, 3 listopada 2011

november sun






Zabrałam się za drugi tom "1Q84". Zrobiłam dwa kolejne polaroidy. Zrobiłam kilka zwykłostek na spacerze listopadowym już, ale nawet, jeśli wywołam te zdjęcia, to nie wiem, kiedy zeskanuję itd. Chcę mieć je dłużej dla siebie. Myślę też o zebraniu moich zdjęć i zrobieniu albumu, takiego dla siebie. No i będzie to jakiś wstęp do licencjatu, gdyż moim dyplomem z projektowania graficznego będzie właśnie książka z moimi krótkimi formami literackimi, może jakimiś opowiadaniami i moimi fotografiami. Pracę z koli piszę o wizerunku kobiet od lat '30-'40 XX wieku po dziś ( i muszę zbierać materiały... i nie wiem czy zrobić to na podstawie jakiegoś pisma czy jednego fotografa, który tworzył jakoś tak... ).  No i dziś jest mi już o wiele lepiej. Nie lubię tych nastrojów, och, jak nie lubię. 
No i tak. Listopad. Niech będzie piękny i życzliwy i dobry. 



środa, 2 listopada 2011

dziś.

Dzisiaj jest dzień, w którym nie rozmawiam nawet z samą sobą. Chcę tylko butelki wódki i czegoś słodkiego, co można do niej dolać. I jeszcze pewnej ciszy, której nie umiem nazwać, tak jak nie umiem nazwać dzisiejszego dnia. Jest albo go nie ma. Jakaś dziwna materia bez kształtu. Dzisiejszy dzień mógłby przybrać formę naczynia, w którym się znajduje, to znaczy znajdowałby się, gdybym miała jakiś alkohol, w jakimś kieliszku albo szklance, w czymkolwiek takim. Nie wynika to bynajmniej z żadnego nieszczęścia czy czegoś na ten kształt. Jest po prostu jakoś tak, jakby wcale nie było. Jakby mnie nie było ani pogody, ani nawet ścian. A ja chętnie zamknęłabym się w czterech ścianach, pod sufitem , nad podłogą i nic nie myśląc chciałabym płakać, krzyczeć albo po prostu milczeć w nieskończoność tego "dnia". Smutek mam we krwi, taki nie-wiadomo-skąd i czasem mnie nawiedza i wtedy muszę być cicho, by nikogo nie zranić. A jest kogo ranić. A nie wolno za wszelką cenę. I mogłabym mu o tym wszystkim powiedzieć, ale nie potrafię. Resztkami własnej woli uśmiecham się i jako tako powstrzymuję łzy. bo przecież nic złego się nie stało. To tylko chwilowy spadek nastroju, chwilowy spadek mnie w głębiny, które zawsze są ciemne i zimne. Szukam jakiegoś wyjścia, liny, drabiny, schodów na górę, z Hadesu na ziemię. I tylko nie odwracać się za siebie.

Orfeuszu nie odwracaj się, bo Eurydyka na zawsze zostanie w podziemiach.

pudełko pełne popiołu moich oddechów













( Brakujące z serii. Oto prezent. Nic innego nie mam. )

Wszystko mnie boli, gdzie byś mnie nie dotknął, to mnie boli. Gdzie byś nie strzelił, to trafisz we mnie.
                                                                                                                - Edward Stachura