poniedziałek, 21 listopada 2011

Trzy minuty po północy.



Sen nie przychodzi z żadnej ze stron. I choćbym oczy zakropiła czarnym tuszem, dzień się nie skończy. Skrywam się gdzieś pomiędzy czterema ścianami i jestem taka mała, mniejsza od cienia, który przedrzeźnia moje ruchy. Przeczytałam już wszystkie książki, które mogłyby makiem liter uśpić mnie powoli. Nic. Tylko szum kaloryferów i kapanie z kranu i czasem komuś z góry spadnie coś na podłogę i rozbija moje zmysły. Skłębiły się myśli przyziemno-nadziemne w głowie i przez to te dni tak się włóczą bezsennie. A ja pomiędzy czterema ścianami, pomiędzy kubkami z niedopitą herbatą a chłodem wiejącym z przestrzeni. A może to ten deszcz, bijąc po parapecie, po oknie, nie daje spać, nie daje spokoju, gdy tak siedzę szczelnie zamknięta przed deszczem. Już trzynaście minut po północy, a mnie sen nie morzy. Niepokój mam w duszy. Niespokój. Zamęt. Ale te dobre wichury mam w duszy, w głowie, te dobre, pełne siły. Nadmiar myśli, poruszeń, zachwytów, pomysłów. Tak. To ten zamęt zmieszany z deszczem.


( odliczam dni. już tylko trzy niecałe ... i pachnę truskawkami i szamponem do włosów i ogórkowym kremem i cytrynowym earl grey ... ) 

1 komentarz:

  1. dziecię natury w pełnym znaczeniu tego pojęcia ;) udanego dnia

    OdpowiedzUsuń