środa, 14 sierpnia 2013

autoportret

Autoportret pozwala na nieskończoną możliwość eksploatacji zagadnień. Brak w nim zamknięcia i wstydu, a przepełniony jest prawdziwym, intymnym uczuciem twórcy, czy też prowadzi do nieskażonego niezrozumieniem "osoby trzeciej" kreowania według własnych gustów i bez zahamowań. Eksperymenty można prowadzić bez wyrzutów sumienia i także bez nich powiedzieć o osobie na zdjęciu, czy o tym, co ono przedstawia nawet najgorszą rzecz, a nikt nie zostanie urażony.  Autoportret daje poczucie bezpieczeństwa, często jest formą wyrzucenia z siebie negatywnych emocji czy przekazania swoich poglądów bez potrzeby nadawania roli osobie fotografowanej ( któż nie jak my sami zagramy najlepiej własną postać ). Dzięki niemu artysta może przedstawić siebie jako siebie lub jako uniwersalne "wszystko". Może także zmierzyć się ze sobą twarzą w twarz, w pojedynku na prawdę. Najważniejsze jednak w sztuce jest to, by tworzyć " po coś", podejmować jakiś temat czy próbować nawiązać dialog. A sztuka polega też na tym, by przez nikomu nie znaną, tylko nam, twarz, postać, przekazać coś uniwersalnego, coś zmuszającego do refleksji, czy po prostu coś wywołującego emocje.

Autoportret raczej nie powinien wynikać z czystego narcyzmu ( tego niby nieświadomego ), choć ciekawym byłoby przedstawienie artysty, który świadomie zakochany w sobie, przedstawia siebie w centrum wszechświata.


P.S.  Zapraszam na naprawioną stronę : szumowska.net, oraz na stronę na FB ( wystarczy wpisać szumowska ).

środa, 17 lipca 2013

obcowanie

 Wolne dni sprzyjają rozmyślaniu o tym, co w życiu ważne, poświęcaniu czasu na to, na co raczej nie miało się czasu i pamięci, na wyskakiwanie z siebie, gdzieś dalej. Nie mogąc już zdzierżyć tych kilku ścian, w których jesteśmy zamknięci (choć to bardzo miłe i ładne ściany ), postanowiliśmy ruszyć zadki, wyściubić nosa dalej niż na spacerniak i poszaleć, a że rodzinne święto sprzyjało temu, nie czekaliśmy ani chwili dłużej.
Między wieloma rozmowami o Sztuce, o jej sensie, o nie-sztuce, która dziś skrzętnie podawana jest jako sztuka, o tych wszelkich przedziwnych zjawiskach, które nie mieszczą nam się w głowie, zaglądaliśmy do galerii, by obcować ze sztuką. Centrum Sztuki Współczesnej, Zachęta, gdzieś jeszcze, no i zawsze dla nas zamknięta galeria obok ZPAF ( zawsze! ) - w Warszawie. A na drugi dzień krążenie w deszczu po wąskich uliczkach Kazimierza Dolnego, mijanie straganów z chińszczyzną, które zwieńczone zostało zajrzeniem do Kamienicy Celejowskiej. Sztuka współczesna ma swoje prawa. Ale lubię odwiedzać takie miejsca jak CSW czy Zachęta, by móc w ciszy zastanowić się co o tym wszystkim myślę, poczuć w tych wysokich starych pomieszczeniach czy coś wywarło na mnie wrażenie i poruszyło mnie, czy zupełnie nie. Rzadko mogę trafić na coś, co trafia we mnie, choć moje horyzonty poszerzyły się i moja wrażliwość rozwinęła z wiekiem. Aczkolwiek będąc w takich miejscach rzadko mam wrażenie, że coś nie powinno tam stać/wisieć/leżeć. Jestem wyrozumiała, bo mam świadomość tego, że nie wszystkim można dogodzić. Myślę, że tworzenie sztuki ma to do siebie, że nawet jeśli efekt komuś nie wyrwie podeszew od butów, to jednak osoba oglądająca będzie starała się coś zrozumieć, gdy będzie czuła, że stworzone to zostało prawdziwie i odnosi się do jakiegoś tematu, a może nie rusza nami tak do końca, gdyż nie jest ten temat nam bliski, czy styl nam nie odpowiada itd. Ale dobrze mieć wrażenie, że jest się w pomieszczeniu z tworami, które powstały po coś, które są na jakiś temat, opowiadają o pewnym zdarzeniu, spojrzeniu, problemie, wizji, przeżyciu, uczuciu. W CSW swoim postrzeganiem i przedstawianiem świata przekonał mnie do siebie i zachwycił Olaf Brzeski. Cały zbiór pod wdzięczną nazwą "Samolub" zachwycał swoją dziwnością, rozlazłymi, wynaturzonymi formami rzeźb, instalacjami, które wyglądały jak ogromne rzeźby z trzciny, czy instalacją, która na pierwszy rzut oka wydaje się ogromnym szkicem. I video, które zatrzymało mnie i zahipnotyzowało, gdzie w wielkiej, czarnej przestrzeni stoisz Ty, może jeszcze ktoś, a na końcu siedzi artysta, który patrzy na Ciebie w skupieniu, nie odrywając od Ciebie wzroku, nawet, gdy przejdziesz na drugą stronę pokoju, i ... rysuje twój portret, portrety ludzi, którzy na niego patrzą. Hipnoza, dziwny stan odrętwienia, mimo, że wiemy, iż to tylko video, mamy wrażenie uczestnictwa, że on naprawdę nas rysuje i czekamy z niecierpliwością, by zobaczyć zapełnioną kartkę papieru. Sharon Lockhart także mnie poruszyła, choć w mniejszym stopniu, ale jestem szczęśliwa, gdy widzę w galerii fotografie, które mają na sobie piękne światło i nasycone są cichą emocją, bo już nie mogę patrzeć na pseudoartystyczne zdjęcia nowych dokumentalistów, których zdjęcia robione są w taki, a nie inny sposób tylko ze względu na panującą ostatnio modę, nie na ich wrażliwość ( na miejscu nowych dokumentalistów - powinniście przestać nazywać się fotografami, bo to, że używacie aparatu do zdokumentowania czegoś, nie znaczy, że jesteście fotografami, jeśli najważniejsze na obrazku jest to, kim jest dana osoba, miejsce itd, a obrazek ten potrzebuje opisu, by nas to ruszyło w jakiś sposób. Moim zdaniem dobry fotograf-dokumentalista, dzięki fotografii opisze to, co drzemie w fotografowanym "podmiocie" i wystarczyłby wtedy tylko opis typu :" Aliosza - mieszkaniec małej Rosyjskiej wioski", a nie stek wygórowanych słów. Performerzy, którzy archiwizują swoje wystąpienia dzięki aparatom czy kamerom, nie nazywają się fotografami czy filmowcami, a te ich celowe pstryki dokumentujące są na poziomie waszych łolaboga-artystycznych-fot ). Z kolei w Zachęcie zachwyca przerażający świat dzieci w wydaniu Petera Landa ( a poza tym wielkie puste, remontowane pomieszczenie, które mnie zwaliło z nóg i mogło być świetną ekspozycją samą w sobie:P). Reszta pokazana w nieciekawy sposób. I tylko podanie do różnych instytucji kulturalnych Julity Wójcik, by zatrudnioną ją jako artystkę na umowę na czas nieokreślony, aby miała należące się każdemu świadczenia itd, a ona będzie wykonywać swoją pracę artystki, tak jak to robiła do tej pory ( dobre podsumowanie tego, jak się traktuję twórców w polandii ). I na zakończenie... Kazimierz Dolny i zbiór malarstwa artystów z tego pięknego miasteczka nad Wisłą sięgający kilku wieków wstecz. I nagle czuje się na sobie istotę sztuki i czuje się artystę przed sobą poprzez pociągnięcie pędzla, grubo kładzioną farbę, której zapach mieszał się z oddechem Twórcy... I to jest prawdziwa magia sztuki. Dlatego najbardziej cenię sobie te dzieła wytwarzane ręcznie, które przetrwają wieki, a wraz z nimi dusza malarza, rzeźbiarza... Niesamowite przeżycie.
Sama wracam do malarstwa. Ciągnie mnie do niego magnetyzmem kosmicznym zupełnie. Do rysowania także. I wiem, że muszę się oczyścić, że muszę przetrawić w sobie wszystko i znaleźć spokój w sobie, by swój niepokój wylać wraz z farbą. Jest wiele niesprzyjających czynników, ale jeśli się nie przemogę, to chyba popadnę w dziwny stan depresji i stanę się gorzka jak kawa bez cukru, której nie ruszyłabym nawet palcem. Fotografia z kolei schodzi na plan dalszy, mimo, że łatwiejsza, ale brakuje mi w niech mojej ręki, jakiegoś dotyku, eksperymentu. No i w głowie od bardzo dawna mam uzupełnianie jej o filmy, ale strasznie nieśmiało do tego podchodzę i nawet zwykłym wspomnieniowym filmem z wyjazdu zajęłam się dopiero po prawie roku (widać jak jestem wymięta przez życie :D ).
Na zakończenie link do mojego krótkiego, amatorskiego tworu ^^ https://vimeo.com/70277975

niedziela, 14 lipca 2013

a little come back

Mija kilka ładnych miesięcy. Trochę się wydarzyło, ale koniec końców nie wydarzyło się nic. Mnie wysypała się strona internetowa. Ale szczerze, to strasznie irytowało mnie pisanie na wordpressie, w którym było zbyt dużo udziwnień i za dużo spamu, z którym nie umiem sobie radzić. Po rozmowach kilku stwierdziłam, że czas wrócić na stare śmieci i zrobić rewolucję myślową. Haha. To będzie coś, jak nic. Czas oddzielić przestrzeń twórczą od przestrzeni, która może ją zatruć. Zatem moje cięte paluszki powracają (zacieram rączki ).

piątek, 5 kwietnia 2013

W.


Słońca jak nie było, tak nie ma. Planeta Ziemia babrze się pod nogami, rozlana farba najgorszej jakości, która zamazała Świat, jak ja gdy zamazuję kolejne płótno. Nie ma wiosny, weny, wolności. Trzy stracone W. Jakiś kocioł nad naszymi głowami zatrzymał się, przechylił i wylewa nam na łby hektolitry zimnych myśli. Cholera. Gdyby jeszcze nocą nie było nikogo w domu, to może dałoby się coś wymyślić do końca, stworzyć, namalować, napisać. W końcu noc zawsze jest taka sama i zawsze tak samo przynosi wizje, których za dnia nie umiem sobie wyobrazić do końca. A tak, nawet nie można wstać napić się wody, gdy kolejne sny wysuszają gardło, bo nie można nic zbić, głośno połykać szklanki wody, chodzić na piętach. Teraz jest trochę inaczej. Wcześniej miałam za dużo czasu, teraz mam go akurat. Praca, kilka dni wolnego. Ale jakoś nie umiem znaleźć sobie miejsca, przestać się wstydzić swojej twórczości pod tym dziwnym, płaskim dachem. Pewnie. Złej baletnicy... Ale ja do robienia czegoś potrzebuję rozmachu, rozlania wody z pędzlami, wymachiwania myślami. A dziś za bardzo boję się, że zachlapię podłogę. Na szczęście za 10 dni wylatujemy do Norwegii. Znów, ale nie znów. Mogłabym tam żyć. Tam, albo na Islandii. W Polsce mogę tylko tam, gdzie pola szeleszczą ciszą i żurawie krzyczą nad ranem ( bez przerwy szukam odpowiedniego miejsca, maluję je sobie w głowie ).

P.S. usunęłam te paskudne reklamy. wróciłam się przypomnieć? a może tak z sentymentu na chwilę. ogólnie to tu http://szumowska.net/

sobota, 2 lutego 2013

446.










( Powoli czas stąd odchodzić. W jedno miejsce ze wszystkim. )

wtorek, 29 stycznia 2013

444. po

                                                                                 
fot. Jacek Gąsiorowski





Emocje po ostatnim weekendzie powoli schodzą, choć w pamięci nadal przewijają się wspomnienia i uśmiechy tych dni. Wspaniały czas, który pobudza myśli, przynosi natchnienie - ten czas znów powrócił po niecałym roku przerwy w prowadzeniu warsztatów. Zima sprzyja takim spotkaniom, gdy sezony się kończą, gdy ciepłe słońce i długie dni kończą się, a my wszyscy czekamy na nie, by znów móc wyjść z aparatem w plener i zapomnieć o świecie. Dlatego w takie dni postanawiamy prowadzić warsztaty, aby ludziom trochę przyspieszyć powrót do fotografowania, a także w tej przerwie móc spojrzeć trochę inaczej, nauczyć się czegoś nowego - nowego spojrzenia, w tym przypadku analogowego i na dodatek średnioformatowego. Trzask otwieranych kominków wprowadza w inny, nieznany naszym gościom, świat. To prawda - rzeczywistość widziana na kwadratowej matówce jest zupełnie inna i zmienia się nie do poznania - pięknieje, jaśnieje, układa się w całość. Czy nasi goście potrafią się później z tego widoku wyleczyć? Chyba nie. Nawet jeśli nieliczni z nich nie kupują średniego formatowego aparatu - to ta plastyka i ten świat zostaje w ich wspomnieniach zawsze owiany zachwytem.  
Ten czas ostatnich weekendowych dni wspominam bardzo miło i ciepło, mimo trzaskającego równie głośno jak migawka aparatu mrozu za oknem.  Ciekawe doświadczenia, gdy spotyka się pięcioro ludzi z zupełnie innymi spojrzeniami. Każdy szuka czegoś innego. Ale oni jeszcze nie wiedzą, że średni format rządzi się własnymi prawami, nie mogą tego zobaczyć od razu, bo nie istnieje podgląd, nie istnieje karta, którą po chwili niepewności można szybko wsunąć w czytnik i zobaczyć co tam się stało. Nie można tego, co się zrobiło poprawić. Myślę, że wszyscy uczą się na swoich błędach, które skontrastowane z nie-błędami, dają do myślenia, pozwalają dążyć dalej. 
Pierwsze koty za płoty. Nasza Trójka wymęczona wielogodzinnym skupieniem, poznawaniem, podnieceniem. Ja wymęczona wielogodzinnym zatrzymywaniem siebie, patrzeniem w jasność za oknem, która nam sprzyjała, mimo strachu, że będzie to kolejny, ciemny dzień. I Jacek nadzorujący po cichu i podtrzymujący atmosferę niepewności. 
Piękny czas. Muzyka. Uśmiechy. Fotografia. Przecudowni ludzie, którzy napędzają wszystko wokół swoim optymizmem. Chmury rozstępują się na szarym niebie i wychodzi błękit. To pewnie dzięki tej cudownej atmosferze. 

Pożegnaliśmy te dni, ale miejmy nadzieję, że nie pożegnaliśmy ludzi, że było to tylko " do zobaczenia", tak jak bywało w zeszłym roku, który wzbogacił nasze życie o nowych, ciekawych ludzi, których my z kolei wzbogaciliśmy o nowe doświadczenia. 

Zapraszam serdecznie na kolejny raz, który osadziliśmy w kalendarzu na 9-10 lutego. To czas, w którym można się zatrzymać, zwolnić, a dzięki temu ruszyć z pełnym oddechem do przodu. 



czwartek, 24 stycznia 2013

443. zbieractwo


 Gdy nie stać cię nawet na kupienie kartki lub zegara z danej części świata, zaczynasz zbierać i upychać po książkach wszystko, co zwróci Twoją uwagę idąc ulicami miasta, szperając na strychach starych domów.

1. Czterolistna koniczyna z wyjścia do sklepu.
2. Pomarańczowe maki ze Stavanger.
3. Motyl z Warmii.
4. Motyle płucka kradzione z czyjegoś ogrodu.
5. Róża z Norwegii.
6. Wiecznie smutne suszki, zwinięte z tęsknoty, przyniesione z pola.

---

http://bialy-kolnierzyk.blogspot.com/ new stuff.

niedziela, 20 stycznia 2013

440. nie no, kurwa

26 czerwca 2012




Nie oglądam, bo jestem już zmęczona. Nie patrzę. 
Potrzebuję odstępu. Ciemności. 
Przestrzeni. W której wieje mądry wiatr. 


czwartek, 17 stycznia 2013

439.


Wypadają z kątów kartki zarysowane starym bólem i roznoszą wokół siebie woń zjełczałego strachu.



wtorek, 15 stycznia 2013

438.


czas się nie zabliźnia 
wszystko czerwienieje
bólem