czwartek, 16 października 2014

"Osiedle szczekających psów"

  Zalewałam zieloną herbatę gorącą wodą, gdy na ulicy rozległ się nieznośny skowyt psa. Mimo, że byłam do tego przyzwyczajona, przestraszyłam się, aż zadrżała mi ręka, a woda z czajnika wylądowała na sosnowym blacie. Zasyczałam z przekąsem i wyjrzałam przez mglisty materiał zazdrostki. Na dziurawej od deszczu gruntowej ulicy stał ambulans. Wnosili do niego jakiegoś staruszka. Ratownicy zrobili to tak szybko, że nawet nie zdążyli obejrzeć się na babcię, która ile sił w swych spuchniętych nogach biegła za nimi z kapciami i piżamą w granatowe pasy. Karetka odjechała, babuleńka patrzyła na nią bezradnie, a ja patrzyłam na babuleńkę zza firanki. " To tu mieszkają jacyś ludzie?" - pomyślałam. Te domy zawsze wydawały mi się martwe, jakby opuszczone w pośpiechu, nieskończone, ale z oznakami rzeczywistości właścicieli. Tylko te wszechobecne na każdym podwórku wyliniałe psy zastanawiały mnie szalenie i przynosiły wątpliwość nad nieistnienie mieszkańców. W końcu jakoś żyły, nie umierały z głodu i zaciekle szczekały, więc musiały mieć na to siły. Zatem to prawda, że te wszystkie kundle mają swoich panów. A ci panowie gotują obiady, z których rozbełtane resztki lądują w psich miskach. Dlaczego więc na ulicach osiedla widać jedynie biegające psy, za siatkami wyłącznie psy, przy sklepach czy koło baru też. Słychać tylko szczekanie. Kanonadę wycia, krzyku i jęku. Jak fala rozchodzące się po okolicy. Żadnych ludzi.
  Czy na pewno ktoś mieszka w tym domu za płotem z mimoz? Albo tam, gdzie górne okno jest puste. Ten dom na rogu obrośnięty bluszczem też zawsze wydawał się martwy. A jeśli tak, to dlaczego ulice są puste i nie słychać nawet jednego ludzkiego głosu? Nikt nie grabi liści, ale jakoś znikają. Nikt nie gotuje obiadów, a kundle mają co jeść. Jak mogłam myśleć, że w tych ruderach z pustaków nikt nie mieszka? 
  Jednym chełstem wypiłam trzy czwarte kubka herbaty, narzuciłam na siebie kurtkę, wsunęłam buty i wyszłam z domu. Na zewnątrz wiało chłodem. Wokół unosił się zapach palonego drewna i smród szamba. Zajrzałam przez zardzewiałe pręty ogrodzenia na podwórko tej babuleńki. Chciałam zajrzeć przez okno, ale przed nim rosła stara jabłoń i swoimi gałęziami rozmywała obraz, zasłaniała wszystko. Na podwórku babci także był pies. To on tak często wył doprowadzając mnie do szału, a inne kundle nawołując do ujadania w tym samym tonie. Leżał na piachu między kawałkiem betonowego chodnika a trawą, która rosła marnymi kępkami. Nie zauważył mnie. Szłam dalej dygocąc od zimnego powietrza i zaglądałam na każde podwórko, ale psy jakby mnie nie widziały, albo widzieć nie chciały. Chodziły bezwiednie po swoim ugorze, kładły się na chłodnej ziemi z westchnieniem. Pomyślałam, że nawet szkoda mi tych burków. Myślałam nad mieszkańcami osiedla. Nad tym dlaczego jest tak, że nigdy nie widziałam żadnego z nich, oprócz dzisiejszego incydentu z karetką pogotowia. Jak wyglądają? I czy tak marnie jak psy, które były dla mnie, dotąd, jedynymi sąsiadami. Dlaczego zalegli w swoich domach-budach? Co robią? 
  Zaczęło mżyć. Zarzuciłam kaptur na głowę i zawróciłam w stronę domu. Gruntowa, koślawa droga zmuszała mnie do patrzenia pod nogi. Piach malował się w mokre grochy. Nagle spostrzegłam świeże ślady przede mną, które powstawały równo z moimi śladami. Przyspieszyłam, zwolniłam, przeszłam na lewą stronę, a te ślady nadal były przede mną, tworzyły się równo i ciężko. Poddałam się i postanowiłam podążyć za nimi. Ślady butów przeszły obok muru odgradzającego mój ogród od reszty tego brudnego świata, skręciły w prawo, później w lewo i nagle zatrzymały się. Usłyszałam brzdęk kluczy, a furtka, przed którą zatrzymały się ślady otworzyła się, a  później zamknęła z niechlujnym trzaskiem. Kundel z tego podwórka nagle zaczął szczekać, skakać, kręcić się w kółko. Dopiero wtedy ujrzałam postać - był to zwykły mężczyzna ze zmęczonym wzrokiem, wąsami zabarwionymi na końcach od kawy i papierosów, w przejedzonym przez mole mdłym swetrze. W dłoni trzymał reklamówkę z kiełbasą, dwiema puszkami piwa i butelką wódki. Odwrócił się, zmierzył mnie wzrokiem, odwrócił się, splunął, przeklął na ujadającego psa i zniknął. Rudy kundel zaczął szczekać jeszcze głośniej, a za nim powtórzyły wszystkie burki w promieniu kilometra. Hałas był nie do zniesienia. Bezmyślny, irytujący do cna i pusty. Przypominał tego mężczyznę w swym charakterze.
   Nagle cisza. Schowałam się przed jesienią w ścianach mieszkania. Zrobiłam kolejną herbatę i usiadłam w rogu sofy. Długo myślałam o tym co zaszło i nadal próbowałam rozgryźć zaistniałą sytuację, rozwiązać zagadkę tego miejsca, tych martwych domów, w których mieszkają niewidzialni ludzie i szczekające psy. Doszłam do wniosku, że ludzie Ci istnieją, ale nie żyją, nie ma w nich pasji życia. Snują się, błąkają w swoich zatęchłych kątach, rozlewają alkohol po poobijanych szklankach, jest im wszystko jedno. Dlatego nie dokończyli swoich domów-bud. Psy trzymają tylko dlatego, że są świadectwem ich egzystencji, ponieważ, gdy wychodzą ze swoich nor, rozlega się obszczekiwanie ich postaci. A psy te szczekają, bo psy widzą duchy, zjawy, a na dodatek nie lubią złych ludzi.

niedziela, 12 października 2014

entropy

Weekend mija na : rozmowach i milczeniach, patrzeniu na spadające liście z dębu rosnącego za oknem, mazaniu i kleceniu czegoś w szkicowniku, napawaniu się zapachem konfitury z płatków róży, czytaniu o Tove Jansson i rozmyślaniu o życiu. 

...

Weekend passes on: conversations and silence, looking at the fallen leaves of oak growing outside, smear and mash something in a sketchbook, rave about the smell of jam with rose petals,  reading about Tove Jansson and thinking about life.




















czwartek, 9 października 2014

bittersweet


"Kobiety, które zdradzają" | "Women who betray"

Farba schnie na dwóch małych płótnach. Przestrzeń wypełnia Olafur Arnalds i jego cichy świat muzyki. I zamiast przeczytać kolejny fragment książki o Tove Jansson, siadam przed komputerem i próbuję coś naskrobać. 
Słońce świeci uparcie, swoje ostatnie siły wytęża, by dać nam jeszcze odrobinę naturalnego ciepła. Później zostaną już tylko rozgrzane kaloryfery i grube swetry zarzucone na ramiona, para kolorowych skarpet. Póki co, parzę sobie zieloną herbatę z prażonym ryżem i myślę. Stanowczo za dużo, bo już się w tym wszystkim gubię. Ale jest jedna myśl taka : "kocham to, co robię - mimo wszystko". Tak. Uwielbiam usiąść w tym moim małym kąciku wypełnionym po brzegi pędzlami, mazakami, akwarelami,farbami, kartkami i czystymi płótnami, które Ktoś często przynosi mi w prezencie. I gdy tak siadam, wyjmuję coś do rysowania czy malowania, ogarnia mnie błogi spokój. Zatapiam się, wytężam wzrok i coś tam klecę. Ciągle bym coś kleciła. A jak nie maluję, to wyciągam jakąś włóczkę i też coś tam dziergam. A jak nie to, to idę robić atomowy chaos w kuchni i coś tam czarować z niczego. Ale głównie chodzi o te rysunki, o obrazy czy ilustracje. Bo nagle wiem kim jestem i, że wszystko będzie dobrze, tylko muszę ciągle to robić i być coraz lepsza. Wrócić do siebie i jeszcze wiele się nauczyć. Ćwiczyć, spostrzegać, przekazywać. 
I jeszcze szukam miejsc, instytucji kultury, do których można byłby się zahaczyć choć na wolontariat czy na staż.
No, ale nic. Wyłączam się i maluję. Raz lepiej, raz gorzej. Ale na tym to wszystko polega, na nauce na błędach, na ciągłym tworzeniu, by w końcu znaleźć siebie na nowo. I tak. Chcę robić takie dwa światy - słodko i gorzko. Bo nie lubię ograniczać się do jednego, bo wiele jest we mnie emocji. 

Farba wyschła, więc wracam do malowania.

---

The paint dries on two small canvases. The space fills Olafur Arnalds and his quiet world of music. And rather than read another excerpt from the book about Tove Jansson, I sit at the computer and I'm trying to write something.
The sun shines stubbornly, its last strength is working hard to give us even a little natural heat. Later will only heated radiators and thick sweaters  on shoulders, pair of colored socks. Until then, brew a green tea with roasted rice and think. Far too much, because already in all of this I'm  getting lost. But there is one thought : "I love what I do - in spite of everything." Yes. I love to sit in my little corner  filled to the brim with brushes, markers, watercolors, paints, sheets and clean canvases that often someone brings me in a gift.  And as I sit down, take out something to draw or paint, it makes me blissful calm. Sinking, I strain my eyes and something bungle. I still would something bungle. And if I do not paint, then pull out some yarn and knitting or something If not this, then I'm going to do atomic chaos in the kitchen and conjure something out of nothing. But mainly it comes to these drawings to paintings and illustrations Because suddenly I know who I am and that everything will be fine, but I must still do it, and to be getting better. Back to myself and  learn more and more. Practice, perceive, communicate.
I am still looking for places, cultural institutions, where i can be volunteer or go for an internship
Well, but nothing. Switch off up and paint. Sometimes better, sometimes worse. But this is all about, to learn from mistakes, to the ongoing creation to finally find myself again. And yes. I want to do these two worlds - the sweet and bitter. Because I do not like to be limited to one, because a lot of emotions in me.
Paint dried up, so I go back to painting.

poniedziałek, 6 października 2014

Bieszczady mountains


 Wetlina, 30 września 2014

Bieszczady.
Przez ostatnie miesiące działo się tak wiele. Trudno o tym mówić. Bo mimo dobrych zdarzeń, stało się tak wiele złego, co zupełnie mnie teraz zabija. Ale teraz są Bieszczady - góry zapomnienia. Czy na pewno? Póki co, napawam się jesiennym słońcem, krajobrazami pełnymi gór, potoków i coraz bardziej złotych lasów. Pełno tu wyrzutków, outsiderów. Włóczą się po ulicach prosząc o parę groszy na tanie wino. Szukają szczęścia jak wilki schodzące do wsi za łatwym łupem. Siedząc na połoninie, bezwiednie płyną łzy, bo tam czuje się wielkość świata i małość siebie, a samotność wyrasta ponad szczyty i jest potężniejsza od gór. A smutek rwie się jak rzeki o wystające z nich kamienie. Póki co, nie wiem czy jest coś, co da mi ukojenie. Więc chodzę i filmuję ładne miejsca, by mieć choć trochę pięknych wspomnień.

---

Powrót był ciężki. Okrutnie ciężko wraca się do rzeczywistości. "Wolne od codzienności" daje złudzenie, że wszystko jest dobrze. Rozdarcie między szczęściem, jakie dają miłość, malarstwo i ilustracje a smutkiem, który przynoszą porażki nawiedzające mnie od dwóch lat, niemożność rozwoju czy brak zainteresowania mną, by dać mi pracę, setki maili w jedną tylko stronę itd., jest wyniszczające. Dlaczego? Bo trzyma pomiędzy, zatrzymuje. Bo jak nazwać miejsce między wiarą a niewiarą? 
Przywiozłam parę zdjęć z komórki, kilka z aparatu i trochę filmów, z których skleciłam to :

I znów mi ktoś napisze, że znów ten smutek, że nic nowego. No tak, wiem. Niestety. 

--------

Wetlina, September 30, 2014
Bieszczady mountains.
Over the last few months has happened so much. It's hard to talk about it. Because despite the good events, has become so much evil, which totally kills me now. But now they are the Bieszczady Mountains - mountains oblivion. Are you sure? Until then, I delight in the autumn sun, landscapes full of mountains, streams and forests more and more gold. There are plenty of outcasts, outsiders. They roam the streets asking for a few pennies on cheap wine. Seeking happiness as wolves descend to the village for easy prey. Sitting on the pastures, unknowingly tears flow, because there I feel the size of the world and the smallness of myself, and loneliness grows over peaks and is more powerful than the mountains. A sadness tears like a river on stones sticking out of them. Until then, I do not know if there is something that will give me solace. So I go and filming nice place to have a little bit of beautiful memories.

---
 
Return was a hard. Cruelly hard is coming back to reality. "Free from everyday life" gives the illusion that all is well. Tear between happiness which give love, painting and illustrations and the sadness that brings defeat haunt me for two years, the inability to develop or lack of interest in me, to give me a job, hundreds of emails in one party only and so on., Is debilitating. Why? Because it holds between, stops. Because how to call the place between faith and unbelief?

I brought some pictures from a cell phone , some of the camera and a little video from that I did it:
https://vimeo.com/108132192

And again, someone will write to me that once again the sadness, that's nothing new. Yeah, I know. Unfortunately.