sobota, 30 czerwca 2012

375.

























(fake polaroids)



Kawa. Murakami. 


czwartek, 28 czerwca 2012

374. zwykłostki


W moim świecie ostatnio tylko zwykłoski i światło mierzone na oko i komórkowe pstryczki z krótkich wycieczek. Wzięłam się za gotowanie i pieczenie ciast ( szarlotka z rozmarynem, bo pogoda była jesienna, a gdy wyszło słońce kruche ciasto z jagodami, które cudnie smakowało z jogurtem naturalnym; carbonara z cukinią, rybka pod czerwonym pesto, curry z mleczkiem kokosowym i krewetkami, hummus na wieczorne dyskusje ). A wraz z latem włączył mi się zmysł sroki i chciałabym nakupować długich spódnic, zwiewnych bluzek i marzy mi się bluza z logo supermena ) i bokserki takie, do zdjęć :D ). Obrona pracy licencjackiej zbliża się wielkimi krokami. Szukam pracy w Warszawie ( ale jestem przybita, bo idzie słabo ), a marzą mi się jakieś fotograficzne zlecenia, sesje komercyjne, sesje portretowe, osobiste, czy śluby. Morze mi się marzy i zrzucenie paru kilo nad tym morzem. Wycieczki długie. Ale jeszcze tydzień i Norwegia. A później morze, więc może się doczekam :). Nic ciekawego się nie dzieje, a jednak jest ciekawie i miło. Byliśmy na Nocy Kupały w Warszawie i było ślicznie. I jeździliśmy to tu to tam. Jest ok, ale brakuje mi robienia zdjęć...Tych moich zdjęć... Jakiejś nowej emocji mi brakuje do sfotografowania...może kogoś? Może muszę komuś zdjęcia porobić, żeby znów móc na siebie inaczej spojrzeć?


poniedziałek, 25 czerwca 2012

373. jagodowe noce


Lubię w zamian za spacer zmywać naczynia. Pod warunkiem, że zachodzi powoli słońce, a przy opuszczonym domu można kraść dojrzałe czerwone porzeczki. Świerszcze grają akompaniament do ptasiego śpiewu. Biało-rudy kot znów nie zwraca uwagi na moje nawoływanie. Trawa w ogrodzie urosła po kostki, ale dla mnie taka jest najpiękniejsza. Robi się coraz ciemniej od przedwczoraj, a ja w ten krótszy o kilka sekund wieczór siedzę na kanapie i widelcem, powoli, zjadam dwa ostatnie kawałki placka z jagodami. Chyba każdego wieczora powinno się jeść placek z jagodami, bo kołysze zmysły, przynosi spokój i uśmiech.



sobota, 23 czerwca 2012

372.



(lato 2011)


Wygrzebywanie staroci. Dwa filmy leżą w lodówce... zwykłostki przytulają się do pewnie pięknych kadrów J. :)

piątek, 22 czerwca 2012

wtorek, 19 czerwca 2012

670.


Dziś już ostatni raz wracałam do Domu. Już nie będę musiała z niego wyjeżdżać co tydzień. Wstałam o 5:30. Pięknie świeciło słońce ( jeszcze miało kolor miodu ). Już wtedy były 22 stopnie. Weszłam w jeansy, których nie odważyłam się założyć od pół roku. Bokserka. Tenisówki, żeby było wygodniej. Duża torba w kratkę, żeby można było zmieścić wszystkie 3 kopie pracy licencjackiej. Po drodze na SKM jak zwykle przystaję na sekundę przy krzaku róży, która pachnie już od początku chodnika i wącham jej jasno różowe płatki. Znów piętnastominutowy spacer pustymi chodnikami, które powoli zaczynają zapełniać się dźwiękiem ludzi idących do pracy. Samochody tworzą miniaturowe mgły. Mężczyźni dziś oglądali się za mną na każdym kroku ( strasznie to głupie... ). 3 godziny jazdy do Olsztyna. Załatwianie swoich spraw. Album prezentuje się świetnie. Praca oddana... Jestem pierwszą osobą na wydziale, która wszystko oddała. Teraz czekam na obronę, ale stres ze mnie zszedł. Nie...teraz szczególnie czekam na J., który już za dwie noce będzie w Domu. Wracając na siedzeniu obok siedział mężczyzna w średnim wieku pachnący nieładnymi perfumami. Przespałam jak zwykle pół drogi. Wisła w Warszawie wyglądała dziś szczególnie pięknie o zachodzie słońce. A teraz już odpoczywam. I tylko jakaś wściekła mucha lata po salonie i doprowadza mnie do szału, bo zagłusza myśli.


poniedziałek, 18 czerwca 2012

369. moja fotografia



Nie zawsze robię coś pod kątem artystycznym. Nie zawsze chcę coś przekazać, powiedzieć przez moją fotografię. Często tak bywa. Bo z jednej strony to zapisywanie na fotograficznych błonach swoich przeżyć, uczuć, smutków i tęsknot. Wyrzucanie z siebie wszelkich złych doświadczeń, złych myśli i całego brudu jakim epatuje dzisiejszy świat. Wtedy nagi człowiek, który występuje u mnie najczęściej staje się przekaźnikiem, formą ukształtowaną z uczuć. Staje się tylko fragmentem ciała, a czasem pokazuję zbyt wiele. Z drugiej strony, w innym kontekście, nagość staje się dla mnie również oznaką najwyższej czułości i oddania, chcę zapisać spokojne ciepło jakie drzemie obok mnie. Innym razem to zwykłe portrety, z których zazwyczaj nie jestem zadowolona, bo Mistrzem Portretu w tym Domu i gdziekolwiek jest mój J. . No i jest jeszcze fotografia zwykłostkowa - zapisywanie chwil, przedmiotów i miejsc, który zaczarowały moje serce. To żadna sztuka, to tylko pamiątkowe zdjęcia, których nie rozpatruję pod względem czy są dobre czy nie. Nie niosą w sobie nic prócz zapisu chwilowego lub dłuższego zachwytu, a że nie mogę mieć tych przedmiotów czy miejsc na własność, zapisuję je choć fotograficznie. To czasem także stłuczone lustro lub skaleczona ręka czy kwiaty przyniesione ze spaceru, ukradzione łące - zapiski codziennego życia.
Sądzę, że mam dystans do tego co robię i także fotografię potrafię rozdzielić na dwie części. Tę moją-artystyczną, przepełnioną emocjami, i tę moją-zwykłostkową - zwykłą, może nic nie znaczącą dla drugiego człowieka.
Często też dziwię się jak zmienia się punkt mojego widzenia razem z porą dnia i tego, co we mnie. Czasem przecież jestem jak z pornograficznego filmu, innym razem rozdziera mnie smutek, a innym razem staję się delikatną słowianką z warkoczem w pastelowych barwach.
Ostatnio powiedziano mi, że w fotografii złagodniałam. A ja myślę, że czekam na odpowiedni moment, bo wszystko, co mnie gryzło, już zapisałam... Po co robić znów te same zdjęcia? Akurat mam taki czas, że nawet nie mam czasu na robienie zdjęć, a za aparat chwytam tylko, gdy wychodzę na spacer, by odetchnąć i wtedy cykam te wszystkie kwiaty i trawy i nieba. Mimo, że mam w sobie tyle nerwów i żali, to chyba jeszcze nie pora, jeszcze nie ten czas. A może potrzebuję znów sfotografowania innych osób, żeby zrozumieć, że to, co chcę powiedzieć, może wyjść wyłącznie z mojego ciała, które przecież zwija się w rytmie moim emocji.

Dziś przespałam pół dnia. Chyba dopadło mnie zmęczenie materiału.


368.


Tęsknię.





Dziś chyba pierwszy raz w życiu zaspałam. I to jeszcze w tak ważny dzień. A teraz czeka mnie cały dzień zjadania przez stres. Czekając na jutro. Trzeba wszystko oddać. Zakończyć. Album jest gotowy, już chcę go zobaczyć. Ale to wszystko jutro. A przecież zawsze budziłam się sekundę przed budzikiem.



piątek, 15 czerwca 2012

367.

strona 18 albumu
Nadal pada deszcz. Czekając na autobus do Domu siedzę w McDonaldzie i czytam "Norwegian Wood" Murakamiego. Caffe Latte zawzięcie stygnie. Naprzeciw mnie siedzi młoda dziewczyna. Blondynka o dość specyficznej twarzy. Opiera się o walizkę. Patrzy w telefon. Ciąga nosem. Płacze. Odrywam wzrok od książki i zaczynam wypatrywać kogoś, na kogo może czeka. Za oknem widzę chłopaka, który krąży w miejscu. W dłoni trzyma ogromny bukiet róż. Wchodzi do środka, rozgląda się, siada przy stoliku na wysokim krześle. Ale to chyba nie osoba, na którą czeka dziewczyna o nadętych ustach. Siedziała tam przede mną i siedzi tam nadal samotnie, gdy wychodzę. Nie wiem, co dzieję się z nią dalej ( że nawet w tak śmierdzącym miejscu jak McDonald zdarzają się takie sprawy). Cały dzień świeciło słońce i można było roztopić się i spłynąć studzienkami ulicznymi do podziemi rozkopanego miasta. Jednakże w chwili, gdy wyszłam na zewnątrz czarne chmury zaczęły kłębić się na głową i spadać na chodnik cienkimi stróżkami. To ten deszcz, który odprowadzał mnie na autobus w środowy poranek. Stanęłam pod drzewem i otworzyłam książkę. Kilka kropel spadło na kartki tworząc małe, okrągłe zmarszczki. Sroki schowały się między liśćmi małej lipy. Gdy czytam o małej studni, której położenia nie zna nikt, a w której ginie kilka osób co kilka lat (umiera w męczarniach między kośćmi innych ofiar studni ), podchodzi do mnie mężczyzna około 50 i pyta:
- Do Warszawy?
- Uhm.
- Czemu wszyscy jeżdżą do tej Warszawy?
- Nie wiem... Ja jadę do Domu.
- Co ludzie widzą w tej Warszawie?
- Nie wiem. Miasto jak miasto. Poza tym praca jest.

I tak staliśmy i rozmawialiśmy o świecie. O wyimaginowanym kryzysie, o tym, że jedyną wartością w dzisiejszym świecie są pieniądze, że  to bardzo głupie i straszne, że ludzie tak ciągle biegną i najważniejsze dla nich jest posiadanie ( takie egzystencjalne gadki ). Pan, któremu od stycznia odjęli 1000 zł od wypłaty ( mimo, że jego zakres pracy wcale się nie zmniejszył ) poczęstował mnie papierosem, bo stwierdził, że dobrze mówię i że fajna ze mnie dziewczyna. Później pod to drzewo, pod którym chowałam się z owym Panem przed deszczem, weszła także dziewczyna w pomarańczowej marynarce o imieniu na M. ( bo później przedstawiłyśmy się sobie ), śmiejąc się, że wsiadła do autobusu do Ornety i pojechałaby zupełnie w drugą stronę. Usiadłyśmy obok siebie i rozmawiałyśmy przez całą drogę ( nigdy tak nie mam... zupełnie obca osoba, a tyle tematów i taka miła rozmowa ).
Tym razem zdążyłam na metro, które na czas dowiozło mnie do śródmieścia, skąd wyruszam SKM do miasta na S. W Naszym miasteczku padał mały i ciepły deszcz. Nie wyciągnęłam żółtego parasola z torby. Szłam spokojnie drogą, która za każdym razem wydaje mi się krótsza. Pięknie pachniały powietrze i ziemia. Gdzieniegdzie dochodziła do mnie przyjemna woń białego jaśminu. Gdy zbliżałam się do naszej ulicy, rozległ się głośny krzyk żab, który odprowadził mnie pod same drzwi. Ciężko było trafić w dziurkę od klucza, bo światło przy dolnych drzwiach znów się zepsuło.

Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania. Usiadłam na sofie. Obejrzałam film na TVP Kultura, a w między czasie wnosiłam ostateczne poprawki do albumu.

Zasypiałam na stojąco.

A dziś czas mija bardzo szybko.



wtorek, 12 czerwca 2012

366. ile to już miejsc razem

Piaski, sierpień 2011
Warszawa, sierpień 2011 ( i nadal...:)
Nieporęt, sierpień 2011
Krakowski Kazimierz, wrzesień 2011
Domek, miasto pod Wa-wą na literkę S., sierpień 2011 ( i do dziś )
Gdańsk, wrzesień 2011
Norwegia, wrzesień 2011
Dom Mici, wrzesień 2011
Rzym, listopad 2011
Krzyże, Mazury, maj 2012


Od kilku dni wspominam sobie Nasze podróże i myślę jak mi za nimi tęskno. Za tym wałęsaniem się po zakamarkach wielkich miast, za nieznanymi leśnymi ścieżkami, za wąskimi uliczkami, na których zaczynam płakać ze strachu. Bo nikt tak pięknie się nie pałęta jak Ty (ze mną). Na świecie jest jeszcze tyle miejsc do odkrycia. I mam nadzieję, że to nie przeszkadza, że będziesz musiał ze mną lecieć "drugi raz", tam, gdzie już byłeś ;)

Stęskniona. Ale pogodna. Bo wszystko się układa. Zmierza do końca.
Ale chętnie bym się wyrwała i wyruszyła do tego Kijowa.

P.S. Opava, mówisz....?









niedziela, 10 czerwca 2012

365. My river flows in You....


Okno otwarte na oścież. Za nim ściana deszczu. Kapie z kabli łączących dom z domem. Ptaki pochowały się głęboko w koronach drzew. Stoję naprzeciwko tej niekończącej się wody i wyciągam dłonie ( może stanął się delikatniejsze niż są ). Zamykam na chwilę oczy i wącham ( wymarzone perfumy... pachnieć deszczem ). Pianino i deszcz. Czy tam u Ciebie deszcz pachnie tak samo?



Mam widocznie w sobie jeszcze resztki tej wrażliwości sprzed lat.





sobota, 9 czerwca 2012

364.


Wszystko powoli się zamyka. Jedno lepiej, inne ciężej. Ale już bliżej końca niż dalej. Filmik "aby był" skleja się, jakieś dziwne akcje, zdjęcia - aby były. Dopieszczanie pracy dyplomowej ( choć wolałabym, by zostało jak jest, ale niestety... gusta promotora muszą być na wierzchu, ale album dla Was będzie po mojemu"), końcowe poprawki pracy licencjackiej. Szukanie miejsc, gdzie można wydrukować zdjęcia. Ogarnianie wszystkiego. Dziś zobaczyłam, jak było mi łatwiej, gdy J. był obok i mówił mi zawsze "dobrze będzie" i pomagał mi swoim opanowaniem. Ale dam radę. Już tylko tydzień. Później tylko formalności. Jakieś badania. Jakieś papiery.
Zostałam sama w domu na prawie dwa tygodnie. Nie dało się spać, gdy było ciemno. Sen przyszedł dopiero po piątej nad ranem. Ale może to dobrze. Wszystko jest potrzebne. Śmiesznie, bo już nie pamiętam jak smakuje tak "długa" rozłąka. Kiedyś były to dla mnie zwykłe dni samotności. A tutaj... Śmiesznie... Bo przecież po trzech godzinach mówiłeś mi przez telefon, że tęsknisz, a tu jakieś 12 dni... Uch. Ale może to dobrze. Czasem tak trzeba. Czasem to potrzebne.

Spójrz na mnie. Spójrz moimi oczami.



sobota, 2 czerwca 2012

363. ...



Powietrza. Lasu. Braku wiatru. Śpiewu ptaków. Zapachu akacji. Ciszy. Dźwięku pękających gałęzi. Długich spacerów w nieznane. Częstych przerw na pocałunki. Samotności - tej tylko we dwoje. Bukietów z polnych kwiatów. Malowania. Fotografowania. Ocieplania mieszkania. Podróży. Morza. Gór. Dużych miast. Pachnących drewnem wsi. Umiejętności pogodzenia się z przeszłością i nie zmuszania się do sztucznego uśmiechu i udawanej atencji. Schudnięcia. Pracy i zleceń. Gotowania tego, czego jeszcze nie jedliśmy. Oglądania filmów co noc. Kupowania książek. Nowej szafy. Nowej muzyki. Odwagi. Znajomych w Warszawie. Kota. Spokoju ducha. Zrozumienia.